230 km | Majówka Jura Krakowsko-Częstochowska

Czyli Ona, ja i cztery koła…

Plan tegorocznej majówki był prosty. Jak najniższym kosztem przejechać z przez jakieś fajne miejsce. Jura Krakowsko-Częstochowska bo o niej mowa, marzyła mi się od dawna. Spakowaliśmy się w plecaki, które wraz z namiotem jechały na moim bagażniku.  Reszta spięta ekspanderami jechała na drugim rowerze. Nasz bagaż przed deszczem chroniły pokrowce wodoodporne oraz worki na śmieci.  Plan zakładał przebycie około 250 km w 4 dni, ostatecznie przejechaliśmy niecałe 230 km w ciągu 3,5 dnia.

Jura Krakowsko-Częstochowska początek

Pobudka, poranna toaleta, szybkie śniadanie, sprawdzenie bagażu i już jechaliśmy na stację PKP Kraków-Płaszów by o godzinie 8:51 pociągiem TLK wyruszyć w kierunku Częstochowy. Od samego początku zrobiło się ciekawie ponieważ dowiedzieliśmy się w okienku, że nie ma już wolnych miejsc rowerowych w pociągu, (a my  nie zarezerwowaliśmy wcześniej biletów). Nastąpiła chwila konsternacji, w myślach przewijały się przekleństwa, groźby karalne, chęć rzucenia tego wszystkiego i wyjechania w Bieszczady i tym podobne. Po chwili z tego harmidru udało mi się wyłuskać jedną produktywną myśl. Mam! – Odrzekłem w myślach –  Jeśli nie można kupić rowerowych to wezmę dwa bilety na duży bagaż. Jak pomyślałem tak zrobiłem i po (dłuższej) chwili pan kasjer wręczył mi sześć różnych biletów, dzięki którym mogliśmy bezpiecznie wsiąść do pociągu.

Majówka Jura Krakowsko-Częstochowska
Kliknij, aby otworzyć galerię zdjęć
Majówka Jura Krakowsko-Częstochowska
Pociąg TLK relacji Kraków-Częstochowa

W sumie to wyszło nas to taniej niż gdybyśmy zakupili bilety rowerowe ale nie ma nic za darmo, więc jak się zapewne domyślacie spory problem sprawiło nam zabezpieczenie rowerów. Gdy po 30 minutach walki  skończyliśmy, były zabezpieczone tak dobrze, że nikt nie miał podstaw się do nas doczepić. Inna sprawa, że na dzień dobry byliśmy oboje umorusani smarem, do tego widząc spacerujących konduktorów oraz Straż Ochrony Kolei, mieliśmy kilka mini zawałów, ale koniec końców nikt nie powiedział ni złego słowa o naszym kombinowanym bagażu. Sama podróż minęła przyjemnie i zaskakująco szybko. Na około 20 minut przed przyjazdem znów zaczęliśmy się krzątać (w tym miejscu chcę pozdrowić naszych dwóch cierpliwych współpodróżnych, którzy wysiedli z przedziału umożliwiając nam spokojne złożenie rowerów i wyniesienie bagażu).

Częstochowa 

Zerkam na licznik, jest godzina 11:47, naszym oczom ukazuje się tablica z napisem Częstochowa-Stradom – dojechaliśmy! Jura Krakowsko-Częstochowska wita! Szybko wyładowaliśmy wszystko z pociągu,  następnie na stacji kolejowej upakowaliśmy z powrotem bagaże na rowery i ruszyliśmy na Jasną Górę. Pogoda zarówno w Krakowie jak i w Częstochowie nie zachęcała  zbytnio do wychodzenia z domu, ale skoro już jesteśmy na zewnątrz… Z Jasnej Góry skierowaliśmy się w kierunku Starego Rynku by udać się na czerwony szlak rowerowy prowadzący do Mstowa. Niestety nasze bagaże ciągle się przemieszczały, ciągle coś ocierało, wkręcało się w szprychy, w łańcuch lub ocierało o oponę. Spędziliśmy w Częstochowie blisko godzinę na samym poprawianiu bagażu a przed nami było ponad 50 kilometrów do pokonania (nocleg planowaliśmy w okolicach miejscowości Żarki). Zarówno niebo jak i nastroje były ponure. Ostatecznie udało nam się spakować bagaże w taki sposób, że przestały nas męczyć psychicznie i można było się skupić na jeździe.

Nie skręciliśmy na czerwony szlak rowerowy, a zamiast niego wybraliśmy Drogę Krajową Nr 91, w kierunku na Radomsko, a następnie odbiliśmy na Drogę Wojewódzką Nr 786 w kierunku Mstowa. W miejscowości Jaskrów zrobiliśmy krótką przerwę na jedzenie w  lesie przy drodze. Następnie skręciliśmy w prawo na czarny szlak rowerowy (koło Zespołu Szkolno-Przedszkolnego oraz OSP w Jaskrowie) i nim dojechaliśmy do Mstowa. Ze względu na spore opóźnienia z wyjazdem podarowaliśmy sobie zajeżdżanie do Wancerzowa i udaliśmy się żółtym szlakiem rowerowym prosto na Małusy Wielkie, Małusy Małe, Brzyszów. W Brzyszowie przed torami skręciliśmy na zielony szlak rowerowy ( w kierunku stacji PKP) prowadzący obok  jeziora krasowego w Nowych Kuśniętach. Samo jezioro moim skromnym zdaniem nie jest warte „odwiedzania”, a szlak prowadzący do niego miał około kilometra i prowadził przez zalaną błotnisto-piaszczystą drogę. Po tej lekkiej wtopie, ubłoceni wróciliśmy na czerwony szlak i zajechaliśmy do Olsztyna.

Olsztyn

W samym mieście nie spędziliśmy zbyt dużo czasu. Wjechaliśmy na rynek koło Urzędu Gminy i skręciliśmy w stronę zamku (nie od strony oficjalnego wejścia lecz od drugiej strony). Mijaliśmy skały oraz zamek po naszej lewej stronie i muszę przyznać, że całość wyglądała jak dekoracja. Zupełnie nie realistycznie. Pięknie. Uroku tego miejsca nie udało mi się uchwycić na żadnym zdjęciu. To po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. Dlatego nie wklejam dużo zdjęć, a zamiast tego serdecznie polecam odwiedzenie Olsztyna osobiście!

Majówka Jura Krakowsko-Częstochowska
Rynek w Olsztynie

Chcieliśmy wjechać na szczyt z rowerami by zobaczyć zamek z bliska, lecz byłoby to nie możliwe ze względu na znaczną stromiznę. Inna sprawa, że nie przyszło nam do głowy (a  przynajmniej mnie) by wjechać tam od strony bramy. Pokręciliśmy się jeszcze chwilę po Olsztynie i po zerknięciu na licznik okazało się, że wybiła już godzina 17:30, a my mieliśmy za sobą mniej niż połowę dystansu. Robiło się coraz zimniej i wietrzniej dlatego postanowiliśmy wyruszyć czerwonym szlakiem rowerowym w kierunku Suliszowic. Poddaliśmy się po trzecim kółku. Dalej nie wiem gdzie był wjazd na szlak (jeśli to była ta piaszczysta droga, to nawet cieszę się, że daliśmy sobie z nią spokój). Ostatecznie wjechaliśmy na DK Nr 46 w kierunku Janowa. W Przymiłowicach skręciliśmy w prawo na poszukiwany przez nas wcześniej czerwony szlak rowerowy w kierunku na Zrębice. Kilka podjazdów i Zrębice oraz Karsawa zostały za nami. Planowaliśmy dojechać do Suliszowic i tam zdecydować czy zacząć rozglądać się za miejscem na rozbicie namiotu czy dojechać do miejscowości Żarki i dopiero tam rozbić namiot (jak okazało się następnego dnia dobrze, że nie zdecydowaliśmy się dojechać do miejscowości Żarki).

O-mało-co Suliszowice

Byliśmy porządnie zmęczeni zarówno fizycznie jak i psychicznie – za sprawą opóźnienia, luzujących się bagaży oraz ostatnich podjazdów. Skrócenie sobie dogi zielonym szlakiem rowerowym nie doszło do skutku za sprawą stromego piaszczystego podjazdu. W tym miejscu pytam się – Kto akceptuje wąską, piaszczystą i obrośniętą trawą dróżkę jako szlak rowerowy? Miałbym spore problemy z wyjściem pod nią, a co dopiero wyjechać  rowerem, obciążonym  30 kilogramami? Nie był to pierwszy raz tego dnia. Wybraliśmy więc inną, mniej stromą drogę przez las. Prowadziliśmy rowery  piaszczystą, szeroką drogą w środku  lasu i zdecydowaliśmy, że pora zacząć szukać miejsca na nocleg. Niestety ciężko było znaleźć kawałek polany, która nie byłaby widoczna z drogi, jaką poruszał się leśniczy. Na szczęście zaraz za lasem, na szczycie wzniesienia rozpościerała się ogromna polana, na której szczycie znajdowały się dwa kilkumetrowe wapienie. Pomiędzy nimi rosło kilka drzew. Między nimi znajdowało się przygotowane palenisko oraz odłożona kupka gałęzi. Całość była dobrze osłoniona od drogi oraz okolicznych domostw. To właśnie w tym miejscu zdecydowaliśmy się spędzić pierwszą noc. Po kilku minutach wpychania rowerów pod stromą łąkę ochoczo zaczęliśmy rozkładać namiot. Rozpakowaliśmy bagaże, spięliśmy ze sobą rowery,  ugotowaliśmy sobie obiadokolację. Dobranoc.

Majówka Jura Krakowsko-Częstochowska
Okolice Suliszowic


O godzinie 6:30 obudziły nas krople deszczu rozbijające się lekko o tropik naszego namiotu. Po kilku minutach wzmógł się wiatr i rozpadało się na dobre. Początkowo mieliśmy plany wstać o godzinie 6:00 i przed 8:00 wyruszyć w dalszą drogę ale dzięki paskudnej  (nie)pogodzie mieliśmy przymusowy czas na leniuchowanie, z którego skorzystaliśmy skwapliwie, łapiąc każdą dodatkową minutę drogocennego snu. Po około dwóch godzinach deszcz zelżał, a my zaczęliśmy powoli budzić się do życia. Godzinę później deszcz ustał, a my pełną parą zaczęliśmy pakować manatki. Po złożeniu bagaży i zapakowaniu ich na rowery, zjedliśmy śniadanie i tak po godzinie 10:00 prowadziliśmy rowery w dół polany. Z lekkimi zakwasami pedałowaliśmy w stronę Suliszowic. Droga prowadziła nas przez las, był to na przemian dziurawy asfalt i ubita ziemia – obie nawierzchnie były jednakowo dziurawe. Drogą Wojewódzką Nr 793 dojechaliśmy do miejscowości Żarki.

 Żarki

Zaczęło porządnie lać. Schroniliśmy się pod dachem budki z pieczywem i od pani sprzedawczyni wysępiłem reklamówki (żeby ubrać je na skarpety). Sprawdziliśmy dalszą trasę i w strugach deszczu pognaliśmy DW Nr 792 w kierunku Kroczyc, a tam czekało nas dwadzieścia kilometrów ciągłych podjazdów i zjazdów. Deszcz nie przestawał padać dlatego cisnęliśmy ile sił w nogach by znaleźć ciepłe i suche miejsce. Noga podawała, a humor o dziwo dopisywał, dlatego też po godzinie zobaczyliśmy tablicę z napisem Kroczyce.

 Kroczyce

Deszcz zamienił się w mżawkę, a my głodni i lekko zmarznięci zaczęliśmy rozglądać się za miejscem, w którym  można uzupełnić siły smacznym i ciepłym obiadem. Zaczepiona przeze mnie na przystanku pani poleciła nam zajazd Magda. Wytłumaczyła nam : „tutaj w prawo i za dwieście metrów będzie go zajazd”. Ujechaliśmy ponad pół kilometra, wróciliśmy z powrotem w stronę przystanku i zapytaliśmy jeszcze jednego przechodnia o  lokalizację tego zajazdu. Znów skręciliśmy  w tę samą drogę i po 1,3 km dojechaliśmy na miejsce ( dwieście metrów kurwa mać! tfu! tfu!). Miła pani z obsługi pozwoliła nam zjeść w przy stole w ogrodzie, gdzie mieliśmy na oku nasze rowery. Zamówiliśmy kawę, obiad i  zabraliśmy się za studiowanie rozłożonych na stole map. Po około dwudziestu minutach dostaliśmy zamówiony posiłek. Porcja była syta i w przyzwoitej cenie. Wybiła 14:00. Postanowiliśmy się zbierać, niestety gdy kończyliśmy jeść znów zaczęło mżyć a następnie padać. Podczas obiadu postanowiliśmy jechać drogą na Kroczyce Stare, a więc wystarczyło jechać przed siebie (jak dobrze, że nie musieliśmy zawracać!). Zarzuciliśmy na siebie kurtki i ruszyliśmy w kierunku Kroczyc Starych, następnie przejechaliśmy przez Przybyszów, Przyłubsko i Siamoszyce. Droga, którą jechaliśmy nie była zbyt uczęszczana przez samochody (pewnie po części za sprawą kiepskiej nawierzchni). W Kalinówce udaliśmy się na DK Nr 78 do Żarkowic. Dalej drogami mniej uczęszczanymi przejechaliśmy przez Suliny Kiełkowice Stare i Kiełkowice. Po drodze, tuż przed miejscowością Ogrodzieniec-Podzamcze, licznik pokazał pierwsze 100 kilometrów tej wycieczki.

Ogrodzieniec

Dojechaliśmy na miejsce na godzinę 17:00, zakupiliśmy bilety na zwiedzanie zamku. Jedno z nas zwiedzało, a drugie pilnowało rowerów. Momentami pojawiała się mżawka, ale nawet pomimo brzydkiej pogody widoki w Ogrodzieńcu, zachwycały i budziły podziw. Koło 18:30 ruszyliśmy na zakupy do pobliskiego sklepu. Gdy ruszaliśmy spod sklepu przybłąkał się do nas pies. Biegł za nami około 1,5 kilometra. Zrobiliśmy kółko bocznymi ulicami by go „zgubić” lecz ten uparcie nam towarzyszył. Mieliśmy się udać na DW Nr 791, a więc musieliśmy się go pozbyć, dla jego własnego dobra. Gdy zatrzymaliśmy się by pomyśleć co z nim zrobić, przejechał obok nas sakwiarz, a my dosłownie zaczęliśmy turlać się ze śmiechu. Po odczekaniu odpowiedniego czasu (aż gość odjechał odpowiednio daleko) ruszyliśmy przed siebie.  W pewnym momencie sakwiarz skręcił w prawo w stronę sklepu, a my przyspieszyliśmy ile sił w nogach i ruszyliśmy w kierunku Żelazka. Przejeżdżając obok tej drogi widzieliśmy, że nie udało mu się zgubić psa. Znów wybuchliśmy śmiechem i pognaliśmy czym prędzej przed siebie. Z drogi wojewódzkiej skręciliśmy na niebieski szlak rowerowy przez Śrubarnię. Dojechaliśmy do Centrum Turystyki Aktywnej w Żelazku, gdzie zarezerwowałem nam pokój. To właśnie dzięki takim miejscom jak zamki Jura Krakowsko-Częstochowska najbardziej przyciąga uwagę turystów.

Majówka Jura Krakowsko-Częstochowska
Ogrodzieniec


Żelazko 

Dostajemy klucz do pokoju, suszarkę na ubrania i plecaki oraz uwaga : Pan Paweł oferuje nam suszenie butów! Jesteśmy wniebowzięci. Od razu łapię nasze przemoczone buty i ruszam z nim do piwnicy, w której schowaliśmy rowery. Tam czeka na nas sporych rozmiarów, metalowa szafa z dyszami na które zakłada się buty. Suche powietrze wylatujące z dysz osusza buty. Coś fantastycznego. Ośrodek jest nowy i trafiliśmy jeszcze na okres przed oficjalnym otwarciem (ostatnie roboty wykończeniowe). Zobaczyłem saunę, która otwarta będzie już w czerwcu (jak żałuję, że wtedy była nieczynna bo tak marzyłem o basenie i saunie). Wzięliśmy kąpiel, zjedliśmy kolację, wtuliliśmy się w śpiwory i padliśmy jak muchy.

Majówka Jura Krakowsko-Częstochowska
Zawsze chciałem być tatuażem…

Wypoczęci i wyschnięci wyruszyliśmy w kierunku Pustyni Błędowskiej. Po dojechaniu do punktu widokowego w miejscowości Chechło zaczęła się ulewa. Próbowaliśmy ją przeczekać, lecz po kilkunastu minutach daliśmy sobie spokój i wsiedliśmy na rowery by dojechać do Olkusza. Początkowo pojechaliśmy DW Nr 791, a następnie skręciliśmy na Bogucin Duży oraz Bogucin Mały by bocznymi uliczkami dojechać do centrum. Niestety nawierzchnia była w kiepskim stanie, a miejscami w ogóle jej nie było ze względu na remont drogi. Była natomiast cisza i spokój i mało samochodów, czyli dokładnie to czego było nam potrzeba.

 Olkusz

Zatrzymaliśmy się w barze fast-food (nie mam zamiaru robić reklamy) by skorzystać z darmowego WiFi. Po wypiciu kawy i przegryzieniu czegoś ustaliliśmy, że nie ma szans byśmy spali w namiocie w przemoczonych ubraniach i butach. Na szczęście miałem ze sobą tablet więc zaczęliśmy przeszukiwać strony z noclegiem w okolicach Ojcowskiego Parku Narodowego. Po piętnastym telefonie udało nam się zarezerwować domek w miejscowości Wola Kalinowska. Wjeżdżaliśmy do Olkusza w słońcu, a wyjeżdżaliśmy w strugach deszczu. Ach ta pogoda…

Z Olkusza wyjechaliśmy DK Nr 94, a po kilku kilometrach odbiliśmy na DK Nr 773 w kierunku miejscowości Skała. Zaczęły się podjazdy. Na całe szczęście gdzieś po drodze prawie przestało padać i większości drogi przejechaliśmy w „co najwyżej lekkim” deszczu. Droga mijała dość wolno, ale wszystkie podjazdy pokonaliśmy bez schodzenia z roweru. Jedynym demotywującym momentem był ten gdy rowerzysta koło pięćdziesiątki, który wyprzedził nas na prostej (my jechaliśmy cały czas 20-25km/h, a on odstawił nas na dobre 200 metrów). Oboje ostro się wkurzyliśmy (No kurwa widziałeś to?!). Kto się śmieje ten się śmieje ostatni. Pan, zaraz po rozpoczęciu się kolejnego podjazdu zszedł z roweru, a  my dzielnie podjechaliśmy ciesząc się w myślach (w rzeczywistości dyszeliśmy z uśmiechem na twarzy). Kręciliśmy dalej, a nad naszymi głowami przewijały się deszczowe, ciemne chmury, które zwiastowały rychłą burzę – ot taka dodatkowa mobilizacja by dotrzeć jak najszybciej.

Jura Krakowsko-Częstochowska – Galeria Zdjęć

W okolicach Maczugi Herkulesa zaczęła się potężna ulewa, dlatego postanowiliśmy skręcić  na mostek opodal, by skrócić sobie drogę szlakiem rowerowym o około 4 kilometry. W wodzie po kostki wypychaliśmy rowery tym pieprzonym skrótem! Momentami było na prawdę mocno pod górę, a woda wesoło chlupiąca w naszych butach zdecydowanie nam nie pomagała. Koniec końców wypchaliśmy rowery na samą górę i byliśmy w miejscowości Wola Kalinowska. Zostało nam tylko znaleźć dom z numerem 10 i cieszyć się dachem nad głową.

 Wola Kalinowska

Wola Kalinowska posiada ulice. W dodatku nazywają się do siebie dość podobnie np. ul. Kalinów i ul. Kaliski. Na szczęście w porę kapnąłem się, że jedziemy złą ulicą i musimy skręcić w lewo. W innym wypadku musielibyśmy wracać niezły kawałek pod górę lub szukać alternatywnej drogi. Następnie czekał nas długi zjadł i zameldowaliśmy się w wynajętym domku pod adresem ul. Kaliski 10. Pierwsze dwie godziny nie minęły zbyt miło ponieważ średnio co 10 min wysiadały korki. Po 6 interwencji (jedna linia zasilania na 4 domki zabezpieczona korkiem 25A). W związku z czym nie szło się ani ogrzać grzałką elektryczną (ani osuszyć ubrań/butów) ani dobrze umyć (elektryczny ogrzewacz wody), ani nawet komfortowo posiedzieć bo ciągle gasło światło. Koniec końców prąd wrócił już na stałe, a my rozwiesiliśmy przemoczone ubrania na wieszakach blisko grzałki i położyliśmy koło niej buty, z których dosłownie parowało! Po zjedzeniu kolacji padliśmy jak muchy.

Następnego dnia w niemalże suchych ubraniach ruszyliśmy w kierunku Zamku w Pieskowej Skale. Nasze rowery połykały kolejne kilometry (szczególnie te z górki) i po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu. Niestety ze względu na brak możliwości pozostawienia rowerów z bagażem (w grę wchodziło wyłącznie odpinanie wszystkich ekspanderów, zabranie bagażu ze sobą, a następnie ponowne mocowanie tobołów ). W związku z tym nie zwiedziliśmy zamku (nad czym mocno ubolewam, ale jeszcze go odwiedzimy). Obok zamku znajduje się Maczuga Herkulesa przy której zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy w kierunku miejscowości Ojców. Sam Park Narodowy jest przepiękny i niezbyt zatłoczony (zapewne za sprawą pogody) i niestety bardzo zaśmiecony. Po drodze mijaliśmy pełno przydrożnych dzikich wysypisk śmieci. Widzieliśmy lodówki, opony, plastik, szkło itp. Widok ten niestety nie należał do najładniejszych.

 Ojców

Od wjazdu zaczęliśmy szukać sklepu, w którym zakupimy coś  do jedzenia. Niestety okazało się, że na miejscu nie ma ani jednego sklepu. Ponieważ mieliśmy przed sobą około 35 km do domu, postanowiliśmy, że dojedziemy do domu i zamówimy pizzę. Wyjechaliśmy z Ojcowa czarnym szlakiem rowerowym w kierunku Wielkiej Wsi. Bardzo polecamy ten szlak ze względu na jego atrakcyjność turystyczną jednak nie zalecamy jazdy na szosówkach gdyż kilka kilometrów prowadzi szutrem itp średnio ciekawą nawierzchnią. W dodatku na drogę przy obfitych opadach deszczu z łatwością wylewa Prądnik. Następnie skręciliśmy na Trojanowice i dotarliśmy do dzielnicy Krakowa o nazwie Prądnik Biały.

Majówka Jura Krakowsko-Częstochowska
Ojców

O ile jazda szlakiem była przyjemna o tyle jazda DK Nr 794 (szczególnie przed samym Krakowem) była męcząca i dość niebezpieczna. W międzyczasie gdzieś przed Krakowem stuknęło nam 200 km, co uwieczniliśmy pamiątkowym zdjęciem.

Kraków

Z Prądnika udaliśmy się na Rynek, tam wskoczyliśmy na bulwary wiślane i dojechaliśmy do domu marząc o kąpieli oraz pizzy w największym rozmiarze. Chyba nigdy się nie dowiem czy była tak smaczna czy byłem, aż tak głodny, ale zjadłem jej dwa razy więcej niż jestem w stanie w normalnych okolicznościach.

Majówka Jura Krakowsko-Częstochowska
Krakowski Rynek – Kliknij, aby otworzyć galerię zdjęć

Na końcu tego wpisu chciałem bardzo podziękować mojej dziewczynie za to, że zniosła moje ciągłe marudzenie, mojej siostrze za pożyczenie nam roweru, wszystkim osobom które wsparły nas dobrą radą, pani z kiosku za reklamówki dzięki, którym mieliśmy suche skarpety, a także panu Pawłowi za wysuszenie naszych butów!

Lubisz tu zaglądać?
Wpisz swój e-mail, a uzyskasz dostęp do ekskluzywnych materiałów dodatkowych oraz zniżek do sklepów rowerowych.
PS Twój adres pozostanie prywatny.

Maciek Sobol

Człowiek napędzany niesłabnącą pasją do rowerów, pisania, fotografii oraz podróżowania. Uwielbia gadać i pomagać innym, co zresztą z powodzeniem uskutecznia na tym blogu.