386 KM | Majówka – Góry Świętokrzyskie

Pierwsza linijka tego postu powinna wyglądać następująco :  Nie przejechałem podczas majówki, tej trasy którą przygotowałem. W zamian za to, w poniedziałek dałem się namówić znajomemu i wybrałem się na wyjazd przygotowany przez Klub Turystyki Rowerowej Sokół Tarnów. We wtorek wraz z kolegą wybraliśmy się na szybki roadtripping po okolicy. Ostatecznie do domu dotarłem przed 22:00, mając na koncie kilka podjazdów i całkiem przyzwoitą średnią. Ciuchy wrzuciłem do pralki, pokrzątałem się po domu i poszedłem spać.

W środę miałem kilka rzeczy do załatwienia i wróciłem do domu po 19:00. Biała strzała czekała w piwnicy, aż się za nią zabiorę. Wystarczyło założyć nową kasetę, łańcuch, przesmarować linki (biegi + hamulce) oraz wyregulować tylną przerzutkę. Te oraz inne procedury zakończyłem dość owocnie w okolicach godziny 23:00. Przyszedł czas na pakowanie, miałem gotową listę rzeczy, które chcę spakować. Zebrałem w kupę wszystko to, co udało mi się znaleźć, a resztę postanowiłem skompletować z samego rana.

Siorbałem nosem, miałem spuchnięte oczy ale to nie było ważne. Bo jutro miałem spędzić fantastyczną przygodę.

Dzień 1 – 115 km

Też tak czasem masz, że budzisz się kilka razy w nocy bo boisz się, że zaśpisz? Budziłem się w nocy kilkukrotnie, po części ze strachu, że zaśpię, po części z podekscytowania, że jadę. Wstałem o 6:00 i ogarnąłem wszystko co potrzebne. Nagle na zegarku zrobiła się godzina 6:50. Miałem 10 minut by zameldować się w umówionym miejscu, wiedziałem, że nie zdążę odkręcić koszyka bidonu od szosy. Zapominając zabrać rękawiczki i pompkę, zasznurowałem buty, zamocowałem bagaż i wyruszyłem na rynek. Na dzień dobry zostałem poczęstowany upieczonym przez Wiesława plackiem, który dodał mi energii.

Po piętnastu minutach oczekiwania, wyruszyliśmy w kierunku Łęgu Tarnowskiego, gdzie mieli do nas dołączyć spóźnialscy. Nie wiedziałem, czego oczekiwać, nie wiedziałem dokąd jedziemy, nie wiedziałem jakie tempo narzuci grupa, w której praktycznie każdy przełamał barierę 200 km/dzień, a niektórzy również 300 km/ dzień. Było trochę strachu, a jednocześnie wiele emocji. Po kilkudziesięciu kilometrach sprawa się wyjaśniła – trasa została zaplanowana bocznymi drogami, tempo nie było mordercze, a nocleg został zaplanowany nad Chańczą. Uffff! No to Pendolino!

IMG_3073_2
Kliknij aby otworzyć pełną galerię zdjęć…

Droga mijała niezauważalnie szybko, do tego stopnia, że około godziny pierwszej mój licznik wskazywał ponad 80 kilometrów.  Od czasu do czasu zatrzymywaliśmy się, by podziwiać okoliczne kościoły, kapliczki i inne zabytki, jak np. Pustelnia Kamedułów w Rytwianach, w której to nakręcono kilka odcinków serialu Czarne Chmury. Droga mijała w ciszy i spokoju, słońce wisiało wysoko, a w tle od czasu do czasu, zdawało się słyszeć cykanie świerszczy i śpiew ptaków. Po dojechaniu nad Chańczę, rozbiliśmy namiot, uprzednio pracowicie oczyszczając podłoże z niemile widzianych szyszek.

Kolejnym priorytetem był ogień. Umiejętności rozpalania ognia niezależnie od pogody oraz utrzymania go podczas ulewy, czy także przenoszenia ognia  (tak to da się zrobić) były kluczowe w procesie ewolucji człowieka. Ogień zapewniał ciepło, światło, odganiał dzikie zwierzęta, pozwalał przygotować ciepłą strawę (gotowanie opanowano  w dużo późniejszym okresie). Ten pierwiastek został w żyjących dziś ludziach, gdyż ogień po dziś dzień uspokaja, wycisza i daje poczucie bezpieczeństwa. Nie znam osób, które nie lubią posiedzieć przy ognisku, popatrzeć na żarzące się drewno. Ognisko posiada moc integracji, nie ważne czy jest to wspólne pieczenie, gotowanie, granie na gitarze, picie piwa czy ogrzewanie się. Gdy zamyślony spoglądałem w kierunku niezbyt dużego płomienia, w tle słysząc narastającą gawiedź, moje oczy przykuło nagłe światło…

– Patrz Policja jedzie – zwrócił się do mnie
– yyyyy – to jedyne mądre słowa jakie byłem z siebie w stanie wydobyć
– Myślisz, że tu podjadą?
– Oby nie,   Inaczej dostaniemy dwa mandaty. Jeden za rozbicie się na dziko, a drugi za rozpalenie ogniska – odrzekłem i zamyśliłem się na chwilę…

Bardzo powoli przejechali koło nas. Kilka chwil później, nadjechali z przeciwnego kierunku i zniknęli gdzieś za drzewami. Już nie wrócą – pomyślałem. Wygrzebałem garnek, pachnący kaszą gryczaną, wrzuciłem do środka mięso oraz pozostałe składniki, a następnie zagrzebałem go jeszcze na chwilę w gorącym popiele, aby zawartość nie ulegała przypaleniu. Czas mijał dość spokojnie, do chwili pojawienia się grupki młodych dziewczyn i chłopaków, którzy postanowili spędzić romantyczny wieczór w samochodzie marki audi, przy akompaniamencie zespołów ” umpa umpa” oraz „dum dum tss dum dum tss”.

Młodzieńcy rozkoszowali się towarzystwem pięknym Pań, doborowej muzyki o dynamice fortissimo possibile oraz wyśmienitymi napojami o folklorystycznej nazwie „Harnaś”. Tak upływał im czas, aż do godziny 4:00 nad ranem, gdy to ostatecznie padł im akumulator. Kilka godzin później, zostawiając za sobą martwe auto oraz ogromną furę śmieci odjechali wraz z rodzicami owych Dam.

Nocleg : Jezioro Chańcza

Trasa : Tarnów – Olesno – Mędrzechów – Szczucin – Beszowa – Rytwiany – Staszów – Kurozwęki – Jezioro Chańcza

Dzień 2 – 77 km – Witajcie Góry Świętokrzyskie

– Dlaczego sołtys otworzył nowe konto w banku?
– Bo stare było już puste.

Obudziłem się zaskakująco wypoczęty, dzięki słuchawkom dousznym, a także stopniu zmęczenia, który nakazał mi zemdleć w okolicy godziny 22:00. Poranne nastroje reszty grupy wskazywało na to, że nie zostaną oni nigdy miłośnikami zespołów ” umpa umpa” oraz „dum dum tss dum dum tss”. Pomimo ciężkiej nocy, siąpiącego deszczu i jednej przebitej dętki wyruszyliśmy praktycznie o czasie. Pomimo 115 kilometrów nie miałem ociężałych nóg i dość szybko złapałem właściwy rytm jazdy. Zaczynało padać coraz bardziej, po kilku kilometrach lało już jak z cebra. Gdy moje buty napełniły się wodą, ni stąd ni zowąd deszcz ustał.  Kilka kilometrów dalej, skręciliśmy w leśną drogę na której zafundowałem sobie maseczkę błotną.

IMG_2938

– Dlaczego w Wąchocku są 4 mosty?
– Bo dopiero za czwartym razem trafiono na rzekę. 

Chwilę po opuszczeniu leśnej drogi, słońce wyjrzało zza chmur, a grudki błota zdobiące moją twarz niczym piegi, zaczęły szybko wysychać. Promienie słoneczne nieśmiało przebijające chmury, zawsze zwiastują coś dobrego, tym razem nie było inaczej. Godzinę później podjeżdżaliśmy najbardziej stromy podjazd podczas tegorocznej majówki. Prawdziwy test siły ducha. W nagrodę było nam dane podziwiać przepiękne widoki jakie rozpościerały z czubka Łysej Góry.

Po nacieszeniu oczu i duszy czekał nas szybki zjazd do miejscowości Święta Katarzyna, a tam obiad, który miał zapewnić powrót sił witalnych. Jeszcze lekkie poprawki w ułożeniu nowego siodełka i można ruszać. Ciepły posiłek był prawdziwym błogosławieństwem, dał też potężny zastrzyk energii potrzebny do dalszej jazdy. W takich chwilach uświadamiam sobie, jak ważne jest systematyczne jedzenie kalorycznych (najlepiej ciepłych) posiłków.

W Wąchocku na znaku jest napisane: „WC 100 metrów. Biegiem 50”

Gdy pierwszy raz usłyszałem, że będziemy spać w Wąchocku, pomyślałem, że jest to żart… Gdy już upewniłem się, że wszyscy są śmiertelnie poważni, zacząłem się zastanawiać, co ja na prawdę wiem o Wąchocku. Po kilku minutach rozpaczliwego wyszukiwania w myślach, choć jednego skojarzenia, związanego z tym miastem i jednocześnie nie będącego Sołtysem, poległem. Usłyszałem znajomy dzwonek, zwiastujący sygnał odjazdu. Raz kozie śmierć! – pomyślałem i umieszczając połowę snickers’a w ustach, wsiadłem na rower.

Ten dzień pomimo, dużo mniejszej ilości pokonanych kilometrów, dał mi się najbardziej we znaki. Najpierw zimno, potem podjazdy, potem słońce, potem zimny wiatr. Gdy dojeżdżaliśmy na miejsce noclegu, czekał na nas około dziesięciokilometrowy odcinek brukowanej drogi przez las. Po drodze zdarzyło się ze trzy, może więcej podjazdów. Pomimo, iż nie było one jakość specjalnie strome, ani długie, to podjeżdżałem je z językiem na brodzie. Nad zalewem rozpaliłem ognisko na którym usmażyliśmy sobie kiełbaski. Nie było w ogóle wiatru, co znacznie utrudniało rozpalenie jak i utrzymanie palącego się ognia. Nie pomogło rozpalenie ognia na podeście, nie pomógł także kształt klasycznego wigwamu, z dużymi prześwitami. Wiedziałem, że po powrocie do domu muszę poczytać nieco o utrzymaniu ognia w takich warunkach….

Nocleg :  Zalew w Wąchocku

Trasa : Jezioro Chańcza – Raków – Makoszyn – Bieliny – św. Katarzyna – Bodzentyn – Wąchock

Dzień 3 – 99 km

Na świecie istnieją dwa stany : albo deszcz pada, albo nie pada, a pomiędzy nimi powinna znajdować się linia demarkacyjna.

Haruki Murakami – Kroniki Ptaka Nakręcacza

Ten dzień był dość wyjątkowy. Już po przebudzeniu, zorientowałem się, że przeziębienie zaczęło brać górę, pomimo, że przez ostatnie dwa dni wszystko wskazywało na rychły koniec udręki (jakim jest wodospad glutów wyciekających z nosa). Było zimno lub mniej oficjalnie ujmując „piździło złem”, a nogi były tak zdrętwiałe, że kucanie zdawało się być niemożliwe do wykonania. O poranku nie rozmawialiśmy ze sobą zbyt ochoczo, każdy próbował raczej walczyć z porannym zaspaniem i upiornym zimnem.

Chwilę zajęło zanim udało mi się zmobilizować się do odczynienia porannych rytuałów. Pomimo, iż nie zamieniliśmy ze sobą żadnych słów poza „Dzień dobry”, to widziałem wczorajsze zmęczenie rysujące się na ich twarzach. Moja twarz, nie różniła się zupełnie niczym, no może poza opuchlizną. Moje ruchy były zdecydowanie nieśpieszne, lecz wszyscy wyrobiliśmy się na czas i tak o godzinie 8:00 rano wyruszyliśmy na zwiedzanie Wąchocka.

IMG_3020

Następnie prawie otarliśmy się o Skarżysko-Kamienną. Nad zalewem w Mostkach, zaliczyłem glebę i prawie utopiłem aparat, który spoczywał w tylnej kieszonce bluzy. W późniejszym czasie trochę się rozpadało, a my trafiliśmy na tablicę z intrygującym napisem „szklany dom”. Kolejne kilometry jechałem nucąc sobie utwór „Szklana Góra” Jacka Kaczmarskiego. Jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że budynek wcale nie jest wykonany w całości ze szkła… Na dzień dobry przywitał nas elegancki Pan w garniturze, który jak się okazało jest posłem. Od razu zawołał panią dyrektor i nakazał zapewnić nam odpowiednią gościnę. Patrzyliśmy po sobie zdziwieni o co chodzi… Chwilę później okazało się, że wziął nas za klub rowerowy „Gwiazda” (czy jakoś tak),  na których tego dnia oczekiwano. Z tyłu za budynkiem odbywała się XXXVIII Edycja Spotkań z Folklorem.

IMG_3031

Dużo lokalnych napoi (chyba lokalnych), dużo tańca, dużo śpiewu, dużo zabawy. Wszystkim dookoła dopisywał dobry humor i to pomimo kiepskiej pogody. Aż chciało się zostać, jednak nocleg planowaliśmy zupełnie gdzie indziej… bo w okolicach Chmielnika i tak też się stało. Zagailiśmy do właścicielki pierwszej z brzegu agroturystyki i po kilku minutach zdejmowaliśmy bagaże z naszych rowerów. Umyłem się, zagrzałem, wyspałem i pojadłem. Czegóż chcieć więcej?

IMG_3086

Nocleg : Agroturystyka – (Po)Śladków Mały

Trasa : Wąchock – Suchedniów – Ciekoty – Górno – Daleszyce – Pierzchnica – Chmielnik -Śladków Mały

Dzień 4 – 87 km

Wybaczcie, że wyciąłem spory fragment historii z poprzedniego dnia, ale tak na prawdę nic się nie działo. Ot deszcz, parę podjazdów, parę zjazdów i kilka postoi… Podczas porannego śniadania, pomiędzy naszą grupą, a małżeństwem wynajmującym pokój wywiązała się dość ciekawa rozmowa na temat podróży. Później jej temat zszedł na ilość pokonanych kilometrów oraz średnią prędkość z jaką udało nam się pokonać taki, czy inny odcinek. W ruch poszedł smartfon, a raczej zawarte w nim wykresy, statystyki, cyferki i trasy naniesione na mapę.

Wsłuchując się w rozmowę i przypatrując cyferkom, zacząłem się zastanawiać nad presją jaką wywiera nawet najprostszy licznik rowerowy. Czy działa on motywująco do osiągania lepszych wyników? Czy jest on może czynnikiem zastraszającym i ograniczającym swobodę, a także przyjemność jaka płynie z jazdy? Wiem, że jest to zależne również od charakteru danej osoby, gdyż jedna będzie analizować wyniki, zauważając wzrost formy, a druga będzie się chwalić znajomym, że przejechała tą samą trasę 12,33% szybciej. Sprawę posiadania licznika można traktować dwojako, z jednej strony po zaplanowaniu trasy wiemy, ile kilometrów zostało nam do przejechania, ile czasu już jeździmy itd.

Z drugiej  zamiast rozkoszować się jazdą, ciągle spoglądamy na licznik. Postanowiłem to sprawdzić i po powrocie do domu zdjąłem licznik z szosy. Od tego momentu na rowerze siedziałem dwa razy (podróż do lekarza oraz apteki), pomimo tak krótkich dystansów ciągle łapałem się, że odruchowo kieruję wzrok na mostek. Niebawem sprawdzę (i być może opiszę ) jak odczułem taką zmianę. Jeśli chodzi o trasę, to jechało się a prawdę fajnie, wyszło słońce i zrobiło się na prawdę ciepło i to na tyle, że udało mi się lekko opalić twarz. Aby urozmaicić sobie drogę, zajechaliśmy na Rynek do Nowego Korczyna, skorzystaliśmy z promu na Wiśle w Borusowej, zwiedziliśmy Zalipie i posiedzieliśmy nad tzw. Kakałko (Podlesie Dębowe). Końcowe 10 kilometrów pokonaliśmy bardzo szybkim tempem. Po takiej jeździe, ciepły obiad smakował wręcz nadzwyczajnie!

IMG_3109

IMG_3119

Trasa : Śladków Mały – Balice – Widuchowa – Radzanów – Nowy Korczyn – Borusowa – Zalipie – Żabno – Tarnów

Podsumowanie

Zapomniałem/nie zdążyłem zabrać ze sobą krótkich rękawiczek, pompki oraz dodatkowego koszyka na bidon. Nie przewidziałem, że przydadzą mi się długie rękawiczki z softshellem, owiewy na buty, grubsze skarpety do spania, ocieplane getry i buff z polarem. Jak zwykle, nawet pomimo niskiej wagi bagażu, udało mi się zabrać kilka rzeczy, które okazały się całkowicie zbędne : czytnik książek,  notatnik i długopis, bateria zapasowa do aparatu, a także filtr połówkowy szary ND 1,2. Pomimo kilku „odcinków specjalnych” jakie przygotował nam Piotr, mój  rower nie rozsypał się po drodze.

Przejechał dzielnie po piachu, kostce brukowej, drogach gruntowych, drogach rolnych i leśnych duktach no i oczywiście po asfalcie. Jestem bardzo zadowolony z wyjazdu i nie żałuję, że podjąłem taką decyzję. Dokładnej trasy nie znałem przed wyjazdem, ani w trakcie jazdy, nie przeszkodziło mi to jednak w uzyskaniu ogromnej przyjemności z jazdy i zwiedzania. Jeśli chodzi o bardziej prozaiczne aspekty to cały wyjazd kosztował mnie łącznie 96,11 zł. Dwa noclegi spędziliśmy w namiocie, jeden w agroturystyce.

Dwa razy rozpaliłem ognisko z pomocą krzesiwa, kory brzozowej i suchej trawy. Wypiłem dość mało wody i raz nasmarowałem łańcuch. Jeśli miałbym w tym miejscu napisać coś mądrego to radzę z całego serca, każdemu z was by nie wyjeżdżał na siłę, gdy źle się czuje. Przeziębienie leczone czy nie, trwa siedem dni, warto jednak dopowiedzieć, że musi to być siedem dni odpoczynku. Siedem dni czytania książek, oglądania zaległych seriali, grania w gry, siedem dni spokojnego snu po 8 godzin dziennie. Sobie i wam życzę dużo zdrowia oraz dni sprzyjających wycieczkom rowerowym!

Podziękowania

Serdecznie dziękuję całej drużynie „Sokół Tarnów – Klub Turystyki Rowerowej” za wzięcie mnie pod swoje skrzydła oraz za wspaniałą przygodę jaką przeżyłem wraz z tym zacnym gronem. Szczególne podziękowania kieruję do Piotrka za wypatrzenie dla mnie całodobowej apteki ( co na prawdę nie było łatwe), w której mogłem kupić coś na kaszel oraz do Alberta za pożyczenie ubrań, bez których zmarzłbym na kość.

Kliknij aby otworzyć pełną galerię zdjęć…
Lubisz tu zaglądać?
Wpisz swój e-mail, a uzyskasz dostęp do ekskluzywnych materiałów dodatkowych oraz zniżek do sklepów rowerowych.
PS Twój adres pozostanie prywatny.

Maciek Sobol

Człowiek napędzany niesłabnącą pasją do rowerów, pisania, fotografii oraz podróżowania. Uwielbia gadać i pomagać innym, co zresztą z powodzeniem uskutecznia na tym blogu.

  • Fajny wyjazd, zwłaszcza odległości typowo turystyczne – ale to dobrze, można sobie spokojnie połazić i pooglądać to i owo.

    Co do geniuszy w Audi, to raz miałem taką sytuację. Ale Ty to genialnie rozegrałeś :) „Obudziłem się zaskakująco wypoczęty, dzięki słuchawkom dousznym”

    Aaaa i jeszcze moje dwa słowo o liczniku. Ja na swoim ustawiam by mi pokazywał oprócz prędkości – temperaturę otoczenia albo średnią prędkość. Są to wartości które nie zmieniają się nagle i nie rosną ciągle – tak jak dystans.
    A licznik mam, bo… hmmm… to w sumie też dobre pytanie. Ale oprócz tego, że pomaga w ustaleniu częstości postojów, daje jakąś satysfakcję, choćby na koniec roku, że przejechało się tyle i tyle kilometrów :)

  • Niestety w moim liczniku nie da się na stałe ustalić pokazywania np. godziny, bo po jakimś czasie i tak się zmieni na wyświetlanie dystansu…

    Naturalnie nie neguję samego „notowania” kilometrów, jednak nie jest ono człowiekowi potrzebne cały czas tuż przed nosem ;)

  • Pingback: Poradnik: Jak przejechać 300 kilometrów w jeden dzień()

  • Pingback: Weekendowe last minute. Pomysłów kilka na majówkę w świętokrzyskim – rowerowy kRaj()