Odwiedzając kraj Józefa Bema – cz. I

Czyli wakacje pełne życzliwych ludzi, a popełnione niemalże z przypadku. Tak się złożyło, że dostałem 10 dni roboczych urlopu. O wypadzie rowerowym marzyłem od bardzo dawna, jednakże nie miałem żadnego konkretnego planu na spędzenie go. W głowie kołatały się pomysły, a to odwiedzę Bratysławę, a może Wiedeń, może Budapeszt, może pojadę nad Balaton, albo do Miszkolca, o którym tyle słyszałem? Pamiętasz mój opis ubiegłorocznych wakacji? Dzisiejszy wpis będzie zupełnie inny. Nie dość, że zrywam z klasycznym przepisywaniem „dzienniczka z podróży”, który skrupulatnie prowadzę. To zacznę opis od środka, a koniec i początek opiszę dopiero w trzecim wpisie. Dzisiaj opowiem Ci, o tym jak pojechałem zwiedzać miejsca, a poznałem wspaniałych ludzi oraz o tym, że bariera językowa to żadna bariera.

Krótka biografia Józefa Bema

Józef Zachariasz Bem, vel Murad Paşa, herbu Bem (ur. 14 marca 1794 w Tarnowie, zm. 10 grudnia 1850 w Aleppo) – polski generał, artylerzysta, dowódca artylerii czynnej Wojska Polskiego w czasie powstania listopadowego, feldmarszałek armii tureckiej, naczelny wódz powstania węgierskiego 1848-1849 i zastępca wodza drugiej rewolucji wiedeńskiej. Pochowany został w Turcji na starym cmentarzu wojskowym położonym na skalistej górze Dżebel el Isam (tur. Góra Wielkich Ludzi). Prochy Józefa Bema sprowadzono do rodzinnego Tarnowa 30 czerwca 1929, gdzie zostały umieszczone w mauzoleum na wyspie w Parku Strzeleckim.

Źródło: wikipedia.org

Zanim znajdziemy się na Węgrzech przytoczę Ci krótką historię, która przydarzyła mi się końcem czerwca:

W okolicach 22:00 udałem się na dworzec PKP, aby zapytać o koszt połączenia za granicę, ponieważ zaczynałem planować urlop. Przede mną w kolejce stał gość i czekał na panią w okienku. Stał z rowerem z sakwami, cały mokry. Zagadałem, kiedy rozpoczął urlop. Okazało się, że jest Węgrem, który dość sporo rozumie po polsku. On kupił swój bilet, a ja wypytałem o swój. Stanęliśmy na boku i zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że w trzy dni przyjechał tu z Budapesztu. Jedzie pociągiem do Białegostoku, a stamtąd rusza na obwód Kaliningradzki i Litwę. Była 22:15, a jego pociąg odjeżdżał o 3:17. Zaprosiłem go do domu na domowe pierogi i kawę. Do drugiej w nocy rozmawialiśmy bez ustanku. W sumie nawet nie wiem, kiedy ten czas minął. Jeszcze w trakcie rozmowy na dworcu PKP dostałem od niego zaproszenie do jego domu w Budapeszcie. Obiecałem, że go odwiedzę. Kilkanaście dni później zaczęła się moja niesamowita przygoda, o której dane mi było opowiedzieć mu osobiście.

Tak właśnie poznałem Teodora, węgierskiego wykładowcę literatury, ojca trzech córek…

kraj Józefa Bema - Węgry - Komarno Komarom
Granica Państwa – Komarno / Komarom

Zmiana planu

Moje pierwsze kilometry na Węgrzech minęły na poszukiwaniu mapy. Gdzieś w międzyczasie, uświadomiłem sobie, że na Węgrzech jednak nie ma Euro. Z pomocą przyszedł mi bankomat i pięć tysięcy forintów. Uprzejma pani, z którą dogadałem się na migi, zaprowadziła mnie do księgarni i pomogła znaleźć mapę. Niestety wybór był dość skąpy i tak oto zostałem z mapą samochodową w skali 1:520 000. Już na dzień dobry moje spotkanie z tym pięknym krajem, z góry było skazane na błądzenie z czego się niezmiernie ucieszyłem. Taka skala zapewnia jazdę nieco po macoszemu. So bring it on! Po zakupie położyłem się na ławce pod mirabelką i zdrzemnąłem się godzinkę obok jakiegoś starszego jegomościa i jego „komarka”. Następnie przeglądnąłem mapę i zapytałem go o drogę. Po pierwsze nauczyłem się wymawiać nazwy miejscowości. Po drugie odprowadził mnie kilka kilometrów, aż do skrętu na Mocsa (czyt. Moćko) i Kocs (czyt. Koczo) i życzył mi udanej drogi. To wszystko po kilku minutach porozumiewania się na migi i rozumienia za kontekstu.

kraj Józefa Bema - Węgry

Po przejechaniu około sto kilometrów, postanowiłem poszukać miejsca na nocleg. Było to mocno utrudnione, ponieważ wszędzie rozciągały się wielohektarowe uprawy zbóż, kukurydzy i słoneczników. Znalazłem przy drodze kilka drzew. Rozbiłem się na wąskim pasku ziemi, pomiędzy drzewami a polem kukurydzy. Wziąłem prysznic z półtoralitrowej butelki, spisałem dzienniczek. Rozłożyłem dziurawą matę samopompującą, śpiwór i mój nowy projekt bivi baga/tarpa. Noc była ciężka. Przed komarami jako tako ochroniłem się firanką, ale miałem problem z łapaniem oddechu. Budziłem się kilka razy, ale nie było najgorzej. Obudziłem się o 18:00 i popadłem w konsternację. Okazało się, że moja komórka, zgłupiała i przestawił się zegarek. Była dopiero 3 w nocy.

kraj Józefa Bema - Węgry
Moc od poranka czyli uber owsianka

Po sytym śniadaniu (Moc od poranka czyli uber owsianka), ruszyłem w kierunku Dad, a następnie na Oroszlany i tam po telefonie do Teodora dowiedziałem się, że przebywa on w swoim domku letniskowym nad Balatonem. Miał dzisiaj wyjechać na rowerze z córkami, dookoła Balatonu, ale ze względu na pogodę przełożył wyjazd na jutro. Nie sprawdzając ile to kilometrów obiecałem, że się u niego dzisiaj zjawię. Po przeliczeniu dystansu okazało się, że mam łącznie do przejechania sto czterdzieści kilometrów. Przez chwilę zastanawiałem się, co miał na myśli mówiąc „ze względu na pogodę”, ale oberwanie chmury szybko mi to wytłumaczyło. Zajechałem do Szekesfehervar, gdzie jeden ze strażników przy garnizonie zrobił mi zdjęcie. Potem znów rozmawialiśmy na migi, aż rzucił nazwiskiem, które zbiło mnie z pantałyku. Jaruzelski okraszony uśmiechem i kciukiem w górę to coś, czego nie uświadczysz w Polsce. Na Węgrzech jest on uważany za wielkiego wojskowego, podczas gdy u nas pamięta się jedynie to, że wprowadził stan wojenny. Tak oto powstało poniższe zdjęcie.

kraj Józefa Bema - Węgry
Szekesfehervar – koszary

A wystarczyło posłuchać…

Akuratnie przestało padać, więc moim zwyczajem udałem się na rynek ukraść kawałek internetu i napić się kawy. Zawsze zatrzymuję się gdy nie pada, a gdy ruszam to znów zaczyna. Nie potrafię wytłumaczyć tego zjawiska. Wrzuciłem wam fotkę na facebook’a, sprawdziłem pocztę i pognałem dalej. Próbując wyjechać z Szekesfehervar napotkałem na rowerzystę, który poprowadził mnie aż pod granicę miasta. Myśląc, że źle go zrozumiałem, skręcam w lewo i zaczyna się moja przygoda. Wpadam na ruchliwą obwodnicę, deszcz leje się z nieba wiadrami, a ja będę jechał trzydzieści kilometrów drogą szybkiego ruchu, bez pobocza. Było minęło, kto nie ma w głowie ten ma w nogach. Na całe szczęście deszcz mobilizował do nabijania kilometrów.

Tak oto znalazłem się w Varpalota, stamtąd dzięki miłej starszej pani trafiłem na bezludną drogę do miejscowości Petfrudo. Kolejno kierowałem się na Behidę i Papkeszi. Nie wiem kiedy zrobiła się 17:30, a przede mną było jeszcze kilka kilometrów. Zagryzłem zęby, wrzuciłem twarde przełożenie i próbowałem jechać cały czas około trzydzieści kilometrów na godzinę. Robiło się chłodno, ale przynajmniej przestało padać i zdążyłem trochę wyschnąć. Z narastającą radością z powodu spotkania znajomego i beki z piosenek puszczanych w Węgierskim radiu (choć i tak nic nie pobije Czeskiego), dojechałem nad Balatonalmadi. Tam w umówionym miejscu czekał na mnie Teodor. Po kilku kilometrach dojechaliśmy do jego domku, znajdującego się z dala od cywilizacji. Co ciekawe jedynym wygodnym sposobem na dotarcie do jego domu, była ścieżka rowerowa (how cool is that?!). Wieczór spędziliśmy na rozmowie (treść zostawię dla siebie – zdecydowanie za dużo tego jak na jeden wpis) i ogrzewaniu się przy wojskowym piecyku…

kraj Józefa Bema - Węgry
Teodor z córkami
kraj Józefa Bema - Węgry
Widok z domku Teodora

Nowe prawo Murphiego

Im droższy bidon czy koszyczek, tym krócej Ci posłuży.

Jak wcześniej wspomniałem Teodor wraz ze swoimi córkami planował wycieczkę dookoła Balatonu, a ja ruszałem do Budapesztu. Po sytym śniadaniu, zaczęliśmy się pakować, zrobiliśmy pamiątkową fotkę, uściskaliśmy się na pożegnanie i każdy ruszył w swoją stronę. Była 11:00, a ja miałem przed sobą spory dystans do zrobienia. Zatankowałem oba bidony (łącznie 1,75L wody) i ruszyłem przed siebie.

kraj Józefa Bema - Węgry
No i w pizdu…

Tego dnia planowałem zrobić mały dystans. Chciałem dojechać nad Balatonakarattya, poopalać się, zrobić lansiarską fotkę na Facebook’a i pranie. Po co chciałem jechać do miejscowości, której nazwy nie da się wypowiedzieć na trzeźwo? Teodor zdradził mi, że jest tam ulokowana najpiękniejsza plaża z której widać cały Balaton. No i w dodatku jest darmowa (jestem sknerą, jeśli tego jeszcze nie zauważyłeś). Gdzieś po drodze najpierw przejechałem sobie po bidonie, tracąc litr wody, a potem zaczęło padać. Miała być opalenizna, czysta bielizna i zajebiste focie, a wyszedł chuj.

Najgorszy deszcz przeczekałem i postanowiłem młócić ile się da (a robił się z tym problem, bo było po 13:00, a ja na liczniku miałem raptem 20 kilometrów). Stwierdziłem, że dojadę nad jezioro Velenci-to, znajdujące się opodal Szekesfehervar i tam się rozbiję, a może nawet zrobię pranie. Przede wszystkim wokół jeziora, prowadzi trasa rowerowa o nawierzchni nieskazitelnej w kolorze czarnej nocy i gładszej niżli jedwab. Ale zanim tam dotarłem, zdążyłem lekko zbłądzić i zgubić drugi bidon. Ten też oczywiście był pełen wody. Chciałem przypomnieć, że to dopiero mój drugi dzień jazdy, no i mocno się wahałem czy w ogóle brać bidony. Pomijając piękną drogę rowerową, samo jezioro jest cudowne. Ma jednak pewien minus. Ni cholery nie znajdziesz nad nim ustronnego miejsca, aby się rozbić. Zmęczony, wkurzony i bez wody, założyłem lampkę, ubrałem rękawki i ruszyłem w noc.

kraj Józefa Bema - Węgry
Dookoła Jeziora Velenci-to
kraj Józefa Bema - Węgry
Dookoła Jeziora Velenci-to

Przygotuj się wcześniej

W nocy najlepiej wpaść w trans i pedałować w rytm. Przed wyjazdem zgodnie z wpisem Playlista treningowa przygotowałem sobie trochę muzyki do jazdy oraz kilka podcastów. Postanowiłem, że wrzucę je na iPoda z rana przed wyjazdem (nie było czasu). Koniec końców udało mi się zgrać aż jeden cały podcast. Tak właśnie przesłuchałem (osiem razy) Nauka XXI wieku – Wywiad z Olgą Malinkiewicz „Co to są Perowskity” (w skrócie chodzi o tanią metodę produkcji ogniw fotogalwanicznych o wysokiej sprawności – około 20%).

kraj Józefa Bema - Węgry
Gdzieś po drodze #2

Wbrew pozorom nie zasnąłem po drodze. W okolicach 23:00 zacząłem szukać miejsca do spania. Byłem zmęczony, a baterie w mojej lampce (Recenzja Mactronic Scream) zaczynały konać.

Dziki zwierz i martwi ludzie

Padło na miejscowość o nazwie Tarnok (25 kilometrów od Budapesztu). Znalazłem dziurę w krzakach, dzięki której mogłem wejść na kawałek łąki i okoliczne pola (przynajmniej tak mi się wtedy zdawało). Zrobiłem rekonesans, tj poświeciłem latarką po podłożu i okolicy, żeby zobaczyć czy da się tam rozłożyć spanie. Świecąc beztrosko 200 lumenami po polu, nagle zobaczyłem dwa świecące guziczki. Dwie sekundy później miałem ciśnienie 200/140. Święcę drugi raz, nic. Świecę trzeci raz, kurwa znowu coś błyszczy. Szybka analiza faktów i ustaliłem, że może to być królik lub co najwyżej łasica albo kuna. Wróciłem się po rower, odszedłem kilkadziesiąt metrów i zasnąłem. W środku nocy obudziło mnie odrętwienie nosa. Do dziś nie wiem co mnie ugryzło w twarz, ale nie czułem w ogóle jednej połówki nosa. Jakby ktoś wpakował mi w twarz strzykawkę z lidokainą. Trochę to do mnie nie dotarło, pooglądałem gwieździste niebo i znów zasnąłem. Rano, na długo przed budzikiem usłyszałem jak ktoś mnie woła. No kurwa, nawet na kompletnym zadupiu nie dadzą człowiekowi pospać! Zdjąłem z głowy firankę, żeby zobaczyć o co chodzi i zobaczyłem kobietę z rowerem i motyczką. Coś krzyczała i machała w moim kierunku, ale gdy się ruszyłem, uśmiechnęła się i pokazała międzynarodowy sygnał „OK”. Uśmiechnąłem się do niej, zrobiłem to samo i uciąłem sobie krótką drzemkę.

kraj Józefa Bema - Węgry
Węgry – nocleg w krzakach w Tarnok

Podsumowanie

Dzień 1 – Nitra – Nowe Zamky – Komarno – Komarom – Kocs / 99,5 km / 5h30min / AVG 18km/h

Dzień 2 – Kocs – Dad – Oroszlany – Gant – Zamoly – Szekesfehervar – Varpalota – Petfrudo – Papekszi – Balatonalmadi / 140 km / 7h36min / AVG 18,5km/h

Dzień 3 – Balatonalmadi – Balatonakarattaya – Polgardi – Szefesfehervar – Pazkod – Velenci-to – Tarnok / 107 km / 6h15min / AVG 17km/h

Łącznie: 346,5 kilometra

W kolejnym wpisie z tej serii: Rowerowa stolica południa. Jak dostać darmowe jedzenie? Najpiękniejsza droga świata. Czy jest coś gorszego niż komary? Oraz wino, książka i zawodzenie przy With or Without You.

Lubisz tu zaglądać?
Wpisz swój e-mail, a uzyskasz dostęp do ekskluzywnych materiałów dodatkowych oraz zniżek do sklepów rowerowych.
PS Twój adres pozostanie prywatny.

Maciek Sobol

Człowiek napędzany niesłabnącą pasją do rowerów, pisania, fotografii oraz podróżowania. Uwielbia gadać i pomagać innym, co zresztą z powodzeniem uskutecznia na tym blogu.

  • serwus, pomysl nad pradnica w piescie i konwerter.

  • Miałem okazję odwiedzić Budapeszt – piękne miasto. Niestety w trakcie delegacji służbowej i bez roweru. Również porozumiewałem się na migi z jednym Węgrem…. ich język jak dla mnie to jakaś masakra:)

  • SpinDoktor

    Pokaż tego tarpa, co tam wymodziłeś na lekko :)
    Ta droga rowerowa to jest coś pięknego! Czy i kiedy u nas takie powstaną?
    Fajny ten patent na mocowanie bidonów – muszę u siebie zastosować!

    • Tarp się również pojawi, jednak jest to dość skomplikowany temat i muszę poświęcić na ten wpis sporo czasu. Niestety mój tarp okazał się porażką ze względu na swą szerokość, która okazała się niewystarczająca. Gdy przygotuję projekt, przedstawię fotki i opiszę dokładnie co i jak ;)

  • Piękny wyjazd i świetne wspomnienia będą :)

    A co do węgierskiego, to fakt. Mówią, że polski jest najtrudniejszym językiem na świecie. A ja celowałbym właśnie w języki z grupy ugrofińskiej, czyli węgierski, fiński i estoński.

    • W późniejszym etapie, było dużo prościej, bo na Słowacji można praktycznie bez skrępowania mówić po Polsku i bez problemu się dogadać ;)

      • Potwierdzam, na Słowacji spotkaliśmy grupę downhillowców, pojechaliśmy do ich miasteczka na browarki i nie było żadnych problemów z komunikacją. Z polskich słów najbardziej śmieszył ich samochód i c…ka ;p

  • Pingback: KR009: Szczęśliwe, proste życie i minimalizm – Anna Mularczyk-Meyer | Polskie Podcasty()